Skip to main content
Home » Sławne Polki o zdrowiu » Zdrowe obsesje
sławne polki o zdrowiu

Zdrowe obsesje

hashimoto
hashimoto
Fot.: Kat Piwecka

Anna Dec

Prezenterka telewizyjna kanałów Grupy TVN, żona, mama

Jaki jest sekret pani świetnej sylwetki?

Nie myślałam kiedyś, że tak szybko zacznie się w moim życiu czas, kiedy o tę ładną sylwetkę będzie trzeba z dużym wysiłkiem dbać. Jestem Hashimotką, a to znaczy, że muszę mocno pilnować tego co jem i jak żyję. Nawet niektóre zdrowe produkty są na liście tych zakazanych, bo nasilają stan zapalny, a wtedy pojawiają się problemy z przemianą materii, zatrzymuje się woda w organizmie i jestem o kilka kilogramów cięższa. Choroba nasiliła się ponad rok temu. Wtedy też zauważyłam, że zdrowe i racjonalne nawyki nie przynoszą efektów, bo ciągle tyję. Do tej pory uczę się żyć z tym intruzem. Wielu kojarzy tę chorobę z tarczycą, ale to szczególna wrażliwość i osłabienie całego organizmu. Wiele osób, szczególnie kobiet, na to cierpi, a o tym nie wie. Tyją lub nie mogą schudnąć, ćwiczą, a to nie przynosi oczekiwanych efektów. Też tak miałam. Odkąd wiem, co mi jest, zupełnie inaczej muszę podchodzić do ćwiczeń. Te muszą być głównie rekreacyjne, ale też wzmacniające mięśnie. Dzięki temu limfa lepiej krąży, a woda się tak nie zatrzymuje i nie ma opuchnięć. Głównie ćwiczę w domu z trenerkami z sieci, nie lubię siłowni. Całe lato jeździłam dużo rowerem, nawet do pracy, w obie strony dawało to 16 km, jak miałam więcej czasu, wracałam „bardzo naokoło” i robiłam ok. 30 km kilka razy w tygodniu. Jesienią i zimą przerzucam się na treningi w domu i długie spacery z mężem, czasem bieganie. Staram się trzymać tych minimum trzech razy w tygodniu, ale zdarza się, że nie ćwiczę nawet 2-3 tygodnie. Poza ćwiczeniami, dieta. Ta jest najważniejsza przy Hashimoto. Musi być lekkostrawna, jak najbliżej natury. Ważne, by nie łączyć pewnych grup pokarmów. Stale uczę się traktować jedzenie jako paliwo dla organizmu, a nie przyjemność. A uwielbiam jeść! Pizza, makarony, sery, pieczywo, to wszystko, co uwielbiam najbardziej, a muszę tego unikać. Czasem mam z tego powodu doła. Nawet częściej niż czasem. Piękne chwile w życiu , to według mnie wspólne biesiadowanie z bliskimi, pyszne jedzenie, polska i włoska kuchnia. To gotowanie i próbowanie, to celebrowanie śniadań. I staram się z takich momentów nie rezygnować, cieszyć się tym jak inni, ale później dwa tygodnie dochodzę do siebie. Praktykuję też kilkudniowe detoksy kilka razy w roku. Mocno ograniczam mięso i produkty mączne, nawet te bezglutenowe. Głównie jem warzywa, strączki i owoce, ale te jem najpóźniej o 16:00. I po co to wszystko?! Często zadaję sobie to pytanie. Już nie utrzymanie świetnej sylwetki jest celem, a zdrowie, samopoczucie. Praca w telewizji to dobry motywator, by się nie poddawać. Nie tylko ze względu na dobry wygląd. Głównie pracuję „na żywo” i tu podstawą jest dobre samopoczucie, jasny i czujny umysł, refleks.

Czy ma pani sprawdzone pomysły na przetrwanie zimy? Pogoda sprzyja podjadaniu słodkości, zimno źle wpływa na wygląd cery. Jak sobie pani z tym radzi?

To trudny dla mnie czas, bo mam zdecydowanie większy apetyt na słodkie i ciężkie. Marzę o ciepłym chlebie, białej bułce J. Kiedyś częściej się buntowałam i jadłam to, co było przepyszne, ale czego jeść nie mogłam. Teraz takie dni buntu miewam rzadziej. Pomaga mi mąż. Kiedy już widzi, że brnę za daleko i za długo, idziemy na spacer, ja widzę cukiernię lub piekarnię i zmierzam tam podstępem, on mówi: „ Ania, chcesz, kup (zazwyczaj nie biorę portfela, telefonu), ja do tego ręki nie przyłożę, nie współpracuję z tym intruzem.” Później mu za to bardzo dziękuję. Jesteśmy domatorami, lubimy siedzieć przed telewizorem, z książką, pod kocem, ciepła herbata. Teraz przerzuciłam się na napary ziołowe, dodaję też korzenne przyprawy. To nasze ulubione wieczory. Zimą więcej gotuję. Głównie rozgrzewające zupy, przeciery, piekę ziemniaki z masłem i czosnkiem, pomimo że muszę się ich wystrzegać, ale uwielbiam ziemniaki, jestem w końcu z Podlasia. Zimą lubię poświęcać więcej czasu na domową pielęgnację. Często samodzielnie robię pillingi np. z kawy, maseczki z siemienia lnianego. To takie małe zdrowe obsesje, nawyki. Niewiele kosztują, a naprawdę pomagają. Poluję też na promocje w salonach kosmetycznych, zimą dobrze zacząć dbać o formę już na kolejną cudowną wiosnę i lato. Kiedy tylko mogę, robię sobie 1,5 h drzemkę w ciągu dnia. Uwielbiam spać, w ciągu dnia szczególnie. Sen to zresztą jeden z lepszych naturalnych kosmetyków. Zimą mam większą chęć na czytanie, otulam się kocem i daję porwać się tym historiom. Ale zima, to też taki czas, kiedy warto częściej dzwonić do tych bliskich, którzy są daleko, i dzwonić tak bez interesu, z ciepłym słowem, wspomnieniami. By tak rozgrzewać nas od środka i pielęgnować te więzi. Zresztą, to warto robić cały rok).

Na swoim blogu pisała pani jakiś czas temu o problemie z nietolerancjami pokarmowymi, jakie były pierwsze objawy i w jaki sposób wpadła pani na pomysł, że może chodzić o nietolerancje pokarmową?

Przede wszystkim po tym, jak piłam np. soki z buraka, jadłam jabłka, nabiał, czułam, że puchnę. Miałam też dziwne wrażenie, że moje gardło ktoś wręcz dusi. Miałam fatalną przemianę materii. Źle spałam. Często łapałam „doły”. Czułam, że nie jestem sobą. Nawet rzadko siebie lubiłam. Hormony wariowały. Tak, jakby w jednym ciele, były cztery osobowości, minimum. Zaczęłam czujniej siebie obserwować. Waga nagle wzrosła i dawne metody nie pomagały jej zredukować. Zauważyłam, że wiele z tych objawów nasila się, pomimo, że utrzymuję zdrową dietę. Trafiłam na kilka wywiadów o nietolerancji i pomyślałam, że może to być jedna z głównych przyczyn. W końcu jesteśmy tym, co jemy. Jeszcze bym dodała: i jak to tolerujemy, trawimy, przyjmujemy:). To prawda, absolutna!

Czy odczuła pani zmianę, kiedy z menu zniknęły potrawy, na które ma pani nietolerancję?

One chyba nigdy całkowicie nie znikną. Jestem tylko człowiekiem. A tym bardziej kobietą, która w zależności od dnia cyklu ma poszczególne zachcianki. Jestem ekstrawertykiem, bardzo emocjonalnie podchodzę do życia. Moje zmysły są niezwykle czułe i zaangażowane każdego dnia. Gdybym wierzyła w reinkarnację, śmiało mogłabym stwierdzić, że byłam kiedyś Włoszką, o pełnych, zmysłowych kształtach, godnie się starzejącą i sercem pokoleń, które łączyła kuchnia, domowy gwar, artystyczny nieład, ciepło, uczucia, uśmiech, dystans. Ale nie miałam Hashimoto, więc coś nas jednak różni;). Pomimo, że moja świadomość o tej nietolerancji wzrosła w styczniu, nadal trudno mi się z tym pogodzić. Stopniowo ograniczam produkty. Odczuwam poprawę. Nie mam tak zwanej ciąży spożywczej, mam więcej energii, wyniki są w normie. Ale nie trzymam się tego na sztywno. Walczę, ale czasem po prostu odpuszczam. Kiedy ten czas odpuszczania wydłuża się, szybko przypominam sobie, dlaczego muszę się tego wystrzegać. Wiele nietolerancji pokarmowych można wygasić, kiedy nie będziemy danej rzeczy spożywać ok. 9 miesięcy. W wynikach miałam właśnie trzystopniową skalę. Skupiam się na tym, by wyeliminować produkty z tą najwyższą. A pozostałe? Czasem je podjadam, gdzieś przemycam w mojej kuchni.

Często testuje pani nowe produkty – jak podchodzić do takich substancji czy produktów, aby znaleźć coś co będzie dobre dla nas?

Im więcej wiem, tym jestem bardziej wymagająca. Uważniej czytam etykiety. Ale kiedy już łapię się na tym, że przesadzam, że z boku wygląda to wręcz komicznie, za dużo rzeczy chcę wprowadzić jednocześnie, to tylko nucę sobie fragment piosenki Meli Koteluk „Na Wróble”: „Nie dajmy się zwariować, możemy żyć jak chcemy…”. Nabieram jednocześnie więcej dystansu. Sprawa z Hashimoto jest świeża, pomimo, że wiem o tym ponad rok. Trudno się do tego przystosować. Zatem nie dam się zwariować, ale kieruję się zasadą: jak najmniej przetworzone, jak najmniej chemii, krótki skład na etykietach – zarówno w jedzeniu, jak i kosmetykach. Poszukuję też lokalnych marek, produktów. Nawet piwo kupuję z mniejszych browarów;).

Jak udaje się pani godzić zdrowy i aktywny tryb życia z aktywnością zawodową?

Od prawie 2 lat moja pora wstawania, to głównie 5:00 rano! Wariactwo! Nigdy się do tego nie przyzwyczaję! Ból „wczesnoporanny” szybko mija, kiedy spotykam się z ludźmi w studiu TVN24 Biznes i Świat (tam przeważnie mam dyżury). Lubię ich energię. Wiem, że też ciężko pracują, wielu wstaje jeszcze wcześniej. Czasem narzekamy, ale doceniamy to, gdzie jesteśmy, że pracujemy, że walczymy ze słabościami. Ta 5:00 rano to jednocześnie przekleństwo i błogosławieństwo. Dużo lepiej wygląda poranek, kiedy mąż też wstaje do pracy tak rano. Motywacja od rana, poczucie bezpieczeństwa, poczucie, że jest się kochaną – to mnie napędza. Mąż, rodzina i praca, którą uwielbiam. Te kluczowe relacje są wymagające, czasem denerwujące, ale chce się dla nich żyć, być zdrową, dbać o siebie. Bo zdrowa i pogodna ja, to dobry wpływ na ludzi dookoła.

Next article